|
Bukareszt
Copyright
(c) 2006-2007 by Radosław Botev

Na temat Bukaresztu nie mam niestety wiele do powiedzenia. I to
- jak przypuszczam - bynajmniej nie dlatego, że nie byłoby tu wiele do zwiedzania. Powód jest jednak taki, iż Bukareszt był dla mnie
jedynie miastem tranzytowym w mojej podróży do Turcji w marcu 2006
roku. Spędziłem tu wówczas w sumie tylko dwa noclegi, więc zbyt
wiele nie zobaczyłem.
Bukareszt - część I
Do Bukaresztu przyleciałem
liniami SkyEurope z Bratysławy.
Po odprawie na lotnisku Băneasa pojawił się mały problem -
jak dostać się do centrum miasta. Nauczony doświadczeniem w
pierwszej chwili zdecydowanie odmówiłem taksówkarzom szukającym
klientów i zignorowałem ich zapewnienia "I have taxi
official", jak również ostrzeżenia o tym, jak to niebezpiecznie
jest w miejskich autobusach. Problem polegał jednak na tym, że
nigdzie nie można było dostać biletów na komunikację miejską.
Băneasa jest bowiem niewielkim lotniskiem przeznaczonym dla tanich
linii lotniczych. Nie chciałem ryzykować jazdy na gapę ani też
przekonywać się, czy można czy też nie można kupić biletu u
kierowcy. Dlatego ostatecznie jednak zdecydowałem się na
taksówkę. Taksówkarz tylko pokiwał głową, kiedy pokazałem
mu nazwę ulicy, przy której miałem zarezerwowane schronisko. Zrobił
mądrą minę, jednak za chwilę zatrzymał się, żeby zapytać kolegów, do
której części miasta ma się właściwie udać. Na szczęście oni znali
drogę. Znając zamiłowanie bałkańskich
kierowców do niebezpiecznej jazdy, chciałem zapiąć pasy, co jednak
okazało się niemożliwe, bo były urwane. A kierowca nie sprawił mi
niespodzianki - raz prawie doszło do zderzenia na skrzyżowaniu. W
końcu jednak dotarłem szczęśliwie do schroniska w centrum
miasta. Po drodze mijaliśmy jeszcze słynny Łuk
Triumfalny (Arcul de
Triumf), upamiętniający
odzyskanie niepodległości przez Rumunię w 1878 roku. Obecną
konstrukcję łuku wzniesiono jednak dopiero 1935 roku po
zburzeniu dwóch poprzednich. Nie miałem jednak
czasu dokładnie przyjrzeć się budowli - Bukareszt odwiedzałem
przecież tylko w przelocie w drodze do Turcji. Kiedy więc
tylko zadomowiłem się w schronisku, ruszyłem w stronę głównego
dworca kolejowego Gara de Nord, aby zbadać możliwości
dalszej podróży do Stambułu. Nie bardzo podobała mi się perpektywa
nocnej podróży pociągiem przez "dziką" Bułgarię, zacząłem więc
rozglądać się za biurem sprzedającym bilety na autobus. Znalazłem
kilka - wszystkie usytułowane w pobliżu dworca kolejowego.
Niestety okazało się, że autobus odjeżdża codziennie z wyjątkiem
sobót, a właśnie wyjazd w sobotę mnie interesował. W
normalnych okolicznościach mógłbym oczywiście zaczekać jeden dzień
dłużej do niedzieli, ale tym razem spieszyłem się przecież do Turcji
na konkretny dzień - na zaćmienie słońca 28 marca! Cóż, nie
pozostawało mi więc innego, jak tylko wykupić bilet na pociąg.
Niestety nie udało mi się tego zrobić od razu, ponieważ akurat
zepsuł się komputer z systemem rezerwacyjnym w kasie
międzynarodowej. Ale miałem jeszcze sporo czasu - pociąg
odjeżdżał następnego dnia dopiero po południu. Kolejny dzień
zacząłem więc spokojnie od zwiedzania Bukaresztu. W pierwszej
kolejności udałem się oczywiście w kierunku prawdopodobnie
najsłynniejszej budowli tego miasta - siedziby parlamentu, zwanej
dawniej Dom Ludu (Casa Poporului), a
obecnie Pałacem Parlamentu (Palatul
Parlamentului). Jest to jeden z największych pod względem
objętości budynek na świecie. Budowa rozpoczęła się już w latach
osiemdziesiątów za panowania Ceausescu, jednak ukończono ją dopiero
po jego śmierci. Obecnie Palatul Parlamentului - jak sama nazwa
wskazuje - jest siedzibą rumuńskiego parlamentu. Budynek można
podobno zwiedzać w ramach zorganizowanych wycieczek, ja jednak nie
miałem na to czasu. Zamiast tego wybrałem się na spacer
wokół pałacu. Od strony wschodniej rozciąga się rozległy
park, idealnie nadający się do samotnych przechadzek (poza widokiem
na Parlament nie ma tu nic ciekawego, więc nie kręci się tu
zbyt wielu ludzi :)). Jednak najbardziej reprezentatywnym miejscem,
z którego warto obejrzeć budynek Parlamentu jest Boulevard
Unirii - "Bulwar Jedności", zwany dawniej "Bulwarem Zwycięstwa
Socjalizmu". Budowa tej alei na polecenie Ceausescu w
latach osiemdziesiątych pociągnęła za sobą konieczność zniszczenia
zabytkowej dzielnicy willowej miasta, nad czym można tylko ubolewać.
Mimo to jednak obecna postmodernistyczna zabudowa
wzdłuż bulwaru na tyle dobrze współgra
z architekturą kolosalnego gmachu rumuńskiego parlamentu,
że spacer w tym miejscu sprawiał mi niemal przyjemność. Niemal, bo
jednak wyludnione ulice Bukaresztu w połączeniu z
szarością ścian dawnego Domu Ludu, a także notorycznym
brakiem nowoczesnych witryn sklepowych w okolicy, za bardzo
przypominały mi minioną epokę socjalizmu. Była to jedna z tych chwil
w moich podróżach, kiedy czułem się trochę jak przesiony w
czasie, jak przybysz z innego świata. Okrążywszy budynek parlamentu, znalazłem się
znowu nad brzegiem płynącej przez miasto Dâmboviţy. Skierowałem się wówczas w stronę prawosławnego kościoła,
który przykuł moją uwagę - to Kościół św.
Elefteriosa (Biserica Sf.
Elefterie) z architekturą
typową dla bałkańskich prawosławnych budowli sakralnych - podobne
zdobienia elementów architektonicznych widziałem na przykład w
Riłskim Monastyrze w Bułgarii. Nie wchodziłem jednak do środka -
wewnątrz odbywało się chyba akurat jakieś nabożeństwo, a
ja musiałem już powoli zmierzać w stronę dworca kolejowego.
Zresztą nie chciałem z plecakiem ładować się do świątyni.
Rzuciłem jeszcze tylko okiem na pobliski
budynek Opery Narodowej (Opera
Naţională), po czym udałem się
do Gara de Nord ,
gdzie tym razem udało mi się już nabyć bilety na pociąg do
Stambułu.
Przejdź do relacji z podróży do
Turcji
->>>>>
Bukareszt - część
II
Pociąg powrotny ze Stambułu przyjechał z dwugodzinnym
opóźnieniem. Byłem wygłodzony i zmęczony po całodziennej podróży
przez Bułgarię. A w kieszeni pozostała mi już tylko równowartość 15
euro w rumuńskiej walucie (podróż do domu następnego dnia miałem
opłaconą). No cóż, po odliczeniu około 10 euro za nocleg, na
hot-dogi powinno mi starczyć - kalkulowałem. :) Pojawił się jednak
inny problem - nie bardzo wiedziałem, gdzie znajduje się moje
schronisko (miałem zarezerwowany nocleg w innym miejscu niż
poprzednio), a na taksówkę brakowało mi już pieniędzy. Dysponowałem
wprawdzie mapką na ulotce reklamowej schroniska, jednak nie
obejmowała ona dworca Gara de Nord. Nie wiedziałem więc, w którą
stronę mam się udać. Na szczęście znalazłem plan miasta umieszczony
przed dworcem po przeciwnej stronie ulicy i już wkrótce
dzielnie maszerowałem we właściwym kierunku. Najkrótsza droga
wiodła przez historyczne centrum miasta - minąłem na przykład
budynek Uniwersytetu w Bukareszcie
(Universitatea din Bucureşti). Chociaż sam uniwersytet
został założony pod koniec XVI wieku, to jego obecną główną siedzibę
- Pałac Uniwersytecki wzniesiono dopiero w wieku XIX. Budynek
uniwersytetu stoi przy słynnym Placu Uniwersyteckim (Piaţa
Universităţii), który był
miejscem ostrych protestów i starć z policją podczas rewolucji
rumuńskiej w 1989 roku. Ja jednak spieszyłem się dalej, bo zaczynało
się już zmierzchać. Już wkrótce znalazłem się jednak w przytulnym i
zdecydowanie godnym polecenia schronisku Elvis Villa przy
Avram Lancu 5, niedaleko centrum. Samolot powrotny do Bratysławy
miałem następnego dnia dopiero popołudniu, ranek mogłem więc
zagospodarować sobie na dalsze zwiedzanie miasta. Ponieważ jednak
musiałem dźwigać ciężki plecak, zdecydowałem się pozwiedzać parki
miejskie Bukaresztu, w których można by też trochę odpocząć.
Wybrałem się w pierwszej kolejności do parku
Cismigiu, który mijałem poprzedniego dnia spiesząc
się do schroniska. Czułem się tu trochę jak w warszawskich
Łazienkach - park położony jest w centrum miasta, przy hałaśliwej
ulicy Regina Elisabeta i poza kilkoma sztucznymi
zbiornikami wodnymi i odrobiną zieleni właściwie nie ma tu
zbyt wiele do oglądania. No, ale przecież nie po to tu
przyszedłem - chciałem się raczej trochę powłóczyć wśród drzew.
No ale do tego znacznie bardziej nadawał się położony bardziej
na północ Parcul Kiseleff - znacznie
rozleglejszy i z dużymi otwartymi
przestrzeniami, przypominający mi warszawskie
Pola Mokotowskie. Tu spędziłem tego dnia najwięcej czasu, oczekując na samolot z położonego nie tak daleko lotniska Băneasa.
Linki
zewnętrzne
* http://www.romaniatourism.com/
|